• Wpisów:24
  • Średnio co: 66 dni
  • Ostatni wpis:1 rok temu, 21:26
  • Licznik odwiedzin:1 111 / 1658 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
No i zaczęło się, życie na pełnych obrotach. Chcę się angażować, żeby kiedyś powiedzieć dzieciom, że nie byłam biernym obserwatorem tylko mamą działającą. Problem nr 1 podwórko-brak placu zabaw. Złożyłam w czerwcu projekt na plac zabaw, który miałby powstać na naszym podwórku. Marzę o placu zabaw koło domu gdzie będę mogła wyjść z dziećmi i miło spędzić czas. W najbliższy weekend planuję iść ogłosić, że to już czas, że zaraz głosowanie, i aby tylko ludzie głosowali. Głosowali, bo warto.
Druga sprawa, tak myślałam, że tak będzie, zgłosiłam się do trójki grupowej w przedszkolu i to ja na razie przejmuję inicjatywę. W końcu zbliża się dzień nauczyciela, i warto podziękować naszym nauczycielkom, że tak dzielnie zastępują nas naszym dzieciom, a także wprowadzają je na teki poziom wiedzy, na którym już powinny się znajdować. Mimo, że wolałabym sama siedzieć z dziećmi w domu, to przedszkole i żłobek uważam za miejsce dla dzieci bardzo dobre, bo na macierzyńskim nie mogłam im poświęcić tyle czasu, na zabawę i rozwój co Panie opiekujące się nimi. Bo byłam sama, a ich dwoje, każde jadło co innego, więc trzeba było się zorganizować tak, aby wszystko przygotować, ogarnąć w domu itp.
Trzecia sprawa, baby shower dla szwagierki, pomyślałam, że będzie jej miło na takiej imprezie, w końcu tyle czekała na swoje dzieciątko. Więc też trzeba to wszystko zorganizować.
Za chwilę również urodziny B. Trzeba wszystko urządzić, a nim się obejrzę będą święta. Ponieważ wróciłam już do pracy, to moje myśli również krążą po zestawieniach firmowych.Wieczór to chwila dla mnie. Mogę na chwilę usiąść i zastanowić się nad sprawami życia codziennego
 

 
Dopiero nosiłam Cię synku pod sercem, a dzisiaj już jesteś taki duży. Poszedłeś do przedszkola i czym prędzej biegniesz do drzwi, aby móc rozpocząć zabawę z rówieśnikami. Ledwie mogę Cie pocałować na do widzenia.
Dopiero nosiłam Cię córeczko pod sercem, a już odprowadzam Cię rano do żłobka, jednak z Tobą ciężej mi się rozstać widząc zaszklone Twoje oczy i smutek, że znów się rozstajemy, ale nie płacz córeczko przecież jak tylko wyjdę z pracy szybciutko po Ciebie przybiegnę. Nie jest to łatwe każde nasze rozstanie co rano, lecz to na co czekam, to przyjście po was i wasza prawdziwa radość na mój widok, że mama znów przyszła, jest mama i utuli w ramionach. Czas tak szybko mija. Chcę się nacieszyć każdą chwilą i być przy każdym "wielkim" wydarzeniu w waszym życiu...
 

 
Ja młoda mama, mam podwójną frajdę na spacerze. Jestem mamą 2,5 letniego B. oraz 9-miesięcznej E. Zazwyczaj wybieramy tą samą drogę w miarę mało ruchliwą, aby dzieciaki miały jak najmniejszy kontakt ze spalinami. Nasz cel to park miejski- miasta L. Idziemy ok 15 min. Jednak droga jaką codziennie pokonujemy pozostawia wiele do życzenia.Nierówne płyty z czasów kiedy jeszcze nasze miasto zamieszkiwali Niemcy, dziury, nierówności, wysokie krawężniki... Mój spacer marzeń, to taki kiedy dzieci w wózku mogły sobie spać żeby nie czuć tych wszystkich nie równości i co jakiś czas nie budzić się od wstrząsów. Jednak kiedy docieramy do parku, szczególnie teraz kiedy zaczęła się wiosna, możemy iść spokojnie rozkoszować się śpiewem ptaków i podziwiać otoczenie, które budzi się właśnie bądź co bądź po ziemie. Uwielbiam ten czas ponieważ wiem, że to kolejny początek, patrzę na wszystko optymistycznie, buzia mimowolnie się uśmiecha, oddycham, pełnymi płucami i chcę aby ta chwila nigdy się nie skończyła.W naszym parku spełnia się teraz marzenie idealnego spaceru. Kończą właśnie główną alejkę, po której idąc z wózkiem mamy wrażenie, że się płynie spacer jest jeszcze bardziej przyjemny, kiedy B. biega nie muszę się martwić , że za chwilę upadnie bo zachaczy się o jakieś nierówności. Szczęśliwe dzieci sprawiają, że spacer jest naprawdę udany
 

 
Pamiętnik... jeden z bardziej wzruszjących filmów o prawdziwej miłości jaki do tej pory oglądałam. Kobiety oglądają te filmy o szalonej, romantycznej miłości, a później chcemy same tego zaznać. Niestety życie nie pisze nam takich pięknych scenariuszy jak w filmach o miłości. Mam 26 lat męża i dwójkę dzieci, czy już przeżyłam swoją prawdziwą i burzliwą, a zarazem namiętną miłość? Nie jestem pewna, a nawet jeśli, to czy te wszystkie doznania były z moim mężem? Sama próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, dramatyzmu było w naszym związku na początku. Tak właśnie było trochę dramatycznie i tajemniczo. Bardzo namiętnie. To sprawiło, że dawni znajomi trochę się ode mnie odsunęli. Ponieważ mam naturę osoby, która lubi spędzać czas ze sobą i dziećmi, nie przeszkadza mi to nadto. Jedynie czasem brakuje mi mojej prawdziwej przyjaciółki, która już od kilka lat mieszka jakieś 2 godziny jazdy autem ode mnie.
Biorąc pod uwagę jak sprawy się mają ostatnio w moim małżeństwie, być może jeszcze zdarzy się szansa na wielką, burzliwą, miłość tym razem bez ukrywania, tajemnic, i dramatyzmu. Kocham moje dzieci nad życie, ale chyba moje małżeństwo nie radzi sobie z tą próbą jaką jest zajmowanie się małymi dziećmi. Wymagam od męża więcej, niż on chciałby zrobić. Taka natura, ciężko zmienić kogoś, kto patrzył na taki model rodziny tylko przez 26 lat. Tatuś leniwiec zimą chowa się w kotłowni, żeby nic nie robić i udaje wielce zajętego, w niedzielę rozsiada się przed tv, i nawet nie zauważa, że wnuki przyjechały w odwiedziny, a mama stłamszona przez życie i zagoniona jak stereotypowa kobieta do zadań typowo domowych, pozostawiona w tym wszystkim sama sobie. Tak mój Ł. chciałby tego samego, ale tak się nie da. Kiedyś mi podziękuje, bo będzie miał z dziećmi odpowiednio dobrą więź. Poprzednie jego partnerki też zawaliły pod pewnymi względami sprawę, co do jego zmian i utwierdził się w tym, że on jest ideałem tylko wszyscy wokoło, nic nie wiedzą. Czasem naprawdę nie wiem czy chciałabym z nim być, ostatnio mama mi zadała pytanie czy się kochamy, sama siebie zapytuję czy ja go jeszcze kocham? Cze ja go w ogóle kochałam? Zbyt szybko zaczęliśmy, znaliśmy się długo wcześniej,więc jak zaczęliśmy się spotykać, szybko zdecydowaliśmy się na dziecko, jak pojawiło się dziecko, pojawiła się decyzja o ślubie, już przed ślubem strasznie zaczęliśmy się kłócić. Może za szybko to poszło, może to było zauroczenie, i stąd to wszystko się potoczyło, może jakbyśmy dłużej byli sami, byśmy się przekonali czy się naprawdę kochamy, czy chcemy być ze sobą. W każdym razie jedno jest pewne, gdybyśmy się tak kłócili jak teraz, a nie byłoby dzieci, to już dziś nie bylibyśmy razem. Może po prostu zabrakło nam czasu żeby pobyć trochę we dwoje. On ma rację, że teraz się oddaliliśmy, całą miłość jaką w sobie mam przelewam na dzieci, kocham je nad życie i zrobię dla nich wszystko, ale już sama nie wiem co z moim małżeństwem. Z jednej strony chcę, żeby dzieci miały normalne dzieciństwo i szczęśliwą rodzinę, a z drugiej chciałabym jeszcze przeżyć coś co sprawi, że serce mi mocniej zabije na punkcie jakiegoś mężczyzny. Czy będzie to mój mąż, tego już sama nie wiem, póki co to on potrafi sprawić, że serce mi mocniej bije Z NERWÓW...
 

 
Ten wpis dedykuję wszystkim chłopakom, którzy próbowali o mnie zabiegać, którym się podobałem i którzy się we mnie kochali. Z tych co pamiętam najbardziej: Michał, Dominik, Adrian, Michał, Rafał, Daniel, Konrad, Rafał, Mateusz, Kamil, Radek, Grzesiek, Radek, Damian, Adrian, Michał, Paweł, ALek, Kazik, Adam, Patryk, Krzysiek... i wielu innych o których może teraz w tym momencie nie pamiętam. Nigdy nie należałam do dziewczyn, które miały idealną figurę jak dziewczyna z filmu lub gazety. Dziękuję wam za to, że byliście i może nie wszystkich z was wybrałam, ale to dzięki wam moja samoocena zbudowała we mnie pewność siebie, i dała mi siłę, aby zawsze murem stać za swoimi decyzjami, i co przede wszystkim nigdy nie pozwolić, żeby żaden inny facet sprawił, że poczuję się beznadziejna. Może teraz moja figura jest bardziej odbiegająca od ideału, ale wierzę, że jestem wartościową osobą.
 

 
o to i nastała burza... po wielu dniach ciszy i harmonii 4 wojna światowa.. tym razem to ja byłam w takim stanie, że jak by rozwód trwał 5 min i można by go załatwić od ręki, od razu podpisałabym to co trzeba i zrzuciła problem. Czasem tylko dzieci sprawiają, że jeszcze mam chęć to kontynuować i naprawiać, ale w głowie mam obraz siebie która wsiada do auta i odjeżdżam byle gdzie...są takie momenty po kłótni, że myślę jakby to było gdyby się tak zdarzyło, że zostałabym sama z dziećmi, układam sobie w głowie jakby to było zacząć życie na nowo. Sama już czasem nie wiem co mam robić, mam wrażenie, że moich bliskich męczy to, że obarczam ich moimi problemami.
 

 
Czas mija, dzień za dniem, te same czynności...
Tik tak, tik tak godzina 7: 00 po 7: 00 dzieci się budzą , tik tak, tik tak, ubieram dzieci, chwila czasu na dobudzenie, tik tak, tik tak,ok. godziny 8: 00 szykuję śniadanie, karmię dzieci, tik tak, tik tak ok. godz.9: 00 godzinka dla nas, ewentualny czas, żeby szybko sprzątnąć po śniadaniu i pościelić łóżka. Tik tak, tik tak 10: 00 E. idzie spać, chwila spokoju, czas na przygotowanie obiadu dla E. obiady dla B., szybki prysznic, kawa, sprzątanie. Ledwo skończę E. się budzi. Zbieramy się na spacer. Tik tak tik tak, godzina 11: 30 ubieramy się na spacer, 12: 00 wychodzimy, płacz i pokrzykiwanie towarzyszą mi już od dłuższej chwili. Tik tak tik tak,12: 15,12: 20 B. zasypia w wózku. Wózek się buja, zagaduję, w końcu E. zasypia, jest chwila ciszy, idę w stronę parku, zaczynają krążyć po mojej głowie tysiące myśli, sprawy nie załatwione, załatwione, co muszę zrobić, czego nie zrobiłam...jednak zaraz jak wracam do domu o wszystkim zapominam, uciekają mi z głowy. Wracamy ze spaceru jest godz. ok 14: 00 wracamy do domu, rozbieramy się, podgrzewam obiad, karmię dzieci. tik tak tik tak godzina 15: 15, 15: 30 kończymy obiad, chwila do odpoczynku, godzina 16: 00 kładę E. spać, siedzimy z B. bawimy się , ewentualnie sprzątam po obiedzie. godz. 18: 00 oglądam serial z doskoku, dzieciaki szaleją. tik tak, tik tak godz.19: 00 jemy kolację, 19: 30 rozścielam łóżka,, tik tak tik tak, godzina 20 kąpiel, dzieci kładą się spać...21: 00 czas wolny dla mnie, mam czas zająć się tymi sprawami, o których myślałam na spacerze,a o których nie zapomniałam, ewentualnie prasuję dziecięce ubranka, bo to najbezpieczniejsza pora. W końcu godzina 23: 00 kładę się spać.
Tik Tak, tik tak, godzina 7: 00 po 7: 00....
 

 
Długi czas się nie odzywałam, wiele dni minęło, wiele się zmieniło. Podobno w małżeństwie najgorszy jest pierwszy rok, u nas chyba jest inaczej. Najgorsze są pierwsze 3 lata... Obecnie jest błogi spokój i harmonia. Jak rzadko miło i grzecznie w miarę możliwości bez kłótni. Planowaliśmy nawet kupić dom, te właśnie plany zbliżyły nas bardziej do siebie. Jednak plany wzięło w łeb kiedy się okazało, że rata kredytu stanowczo przerasta nasze możliwości. Ot taki kraj i płace. Teraz ciśniemy się w naszym, a raczej nie naszym tylko użyczonym przez ciocię mieszkanku o szalonym metrażu 48m2.
Jest nas już czworo. Pojawiła się moja mała córeczka, czuję się spełniona jako mama, mam wspaniałe dzieciaczki, jednak rzeczy przybywa, zabawek nowych dochodzi i już nie ma gdzie tego pomieścić. Na szczęście moja malutka E. jeszcze nie chodzi, ale to już kwestia kilku miesięcy i dzieci będą na siebie wpadać. Tak wiem, że ludzie żyją w mniejszych mieszkaniach i sobie radzą, ale czy to grzech, że chcę dla dzieci jak najlepiej? Tak na chwilę obecną nasze marzenie o domku prysło jak mydlana bańka. Dlatego decydujemy się na wykup naszego ciasnego mieszkania, które mieści się w śmierdzącym centrum miasta, a chodniki ozdobione są psimi odchodami, tak że jadąc wózkiem mam wybór uczestniczenia w slalomie gigancie, albo pozbierania ich kołami. Co do kredytu rodzice zdecydowanie mnie nie rozczarowali, zachowali się dokładnie tak jak się tego spodziewałam. Pokazali obraz w czarnych kolorach, jak to może być źle, i jak kiepsko, oczywiście nie damy sobie rady, kredyt zbyt wysoki i tak dalej i tak dalej. Nic nowego tego można się było spodziewać. Jedyne na co nas teraz będzie stać do dokupić mały dom na kółkach zwany przyczepą, przynajmniej na taka namiastkę domku będzie nas stać. Mam teraz silną motywację i zaczynam szukać pracy, właściwie to lepszej pracy, bo moje 1500zł na rękę nigdy nie pozwoli mi spełnić marzenia o domku.Tak więc trzymajcie kciuki, szukam nowej lepszej pracy, wykształcenie zdobyte, doświadczenie nabyte, rynek pracy stoi i czeka z otwartymi ramionami...
 

 
Nie bez powodu mówi się, aby nie budować własne szczęścia, na czyimś nieszczęściu.. Nasza historia nie zaczęła się łatwo i prosto.. jednak ostatnio myślę czy na pewno powinniśmy być razem... zastanawiam się jakby to było gdybyśmy się dziś rozwiedli.. Pierwszy i najważniejszy powód jaki nas przy sobie trzyma to dziecko, drugim na pewno mogę powiedzieć, że byłaby moja duma i fakt, że musiałabym przyznać się do tego, że moje małżeństwo to błąd, no i ostatni powód, musiałabym wrócić do domu, bo sama z dzieckiem nie dałabym rady się utrzymać. Czy się kochamy, chyba tak tylko gdzieś pod osłoną codzienności to zanika... jesteśmy krótko razem, bo to zaledwie dwa lata. Jednak fakt, że jesteśmy bardzo uparci sprawia, że tak często dochodzi do kłótni. Gdyby Ł. pracował cały czas w takich samych godzinach i spędzalibyśmy jeszcze więcej czasu razem chyba byśmy się pozabijali, dzięki temu, że pracuje na zmiany choć trochę możemy od siebie odpocząć. Najgorszą sprawą dla mnie do przejścia jest jego podejście do małżeństwa, jego rodzice prezentowali mu model rodziny , w którym to tatuś wraca i odpoczywa, bo jest zmęczony po pracy, a mama pracująca jest pełna energii i oprócz życia zawodowego, zajmuje się domem i rodziną. Moi rodzice mi przedstawili model rodziny i małżeństwa, w którym to małżonkowie są partnerami, i pomagają sobie we wszystkim. Dlatego jest to nasz główny powód kłótni... proszę Ł., żeby coś zrobił on oczywiście umęczony, bo on pracuje i jeszcze mu karzę coś w domu robić, albo nie daj Boże musi posiedzieć z dzieckiem kiedy ja staram się zając domowymi zadaniami... Dlatego się zastanawiam, czy warto to dłużej ciągnąć jeżeli w większości spraw zostaję sama sobie? Jak wszystko jest porobione jest ładnie i pięknie. Czasami myślę czy warto toczyć tą nieustanną walkę... czy nie lepiej jest odpuścić.. najgorzej, że jak stara mi się robić na przekór, to nie tylko mi to robi, tylko dziecku również. Chcę, żeby miał dobry kontakt z dzieckiem, żeby się nim zajmował przede wszystkim dlatego, że chcę, żeby jego relacje były lepsze, niż jego z własnym ojcem. Sam fakt, że jak potrzebuję pomocy prosi mojego tatę, a nie swojego powinien dawać do myślenia. Dlaczego chętniej jeździmy posiedzieć z moimi rodzicami nawet wieczorem, zostać na noc niż tam? Nic dziwnego.. Kiedyś sytuacja, rozchorowałam się jak byliśmy u teściów, teściowa ze szwagierką poszły na spacer z naszym synkiem, teść oczywiście został, zajął się oglądaniem jakiegoś filmu zamiast posiedzieć i pogadać z synem, Ł przyszedł do mnie, jak nie było teściowej pojechaliśmy na szybkie zakupy. Teść potem obrażony, bo pojechaliśmy na zakupy, a co kuźwa mieliśmy siedzieć i patrzeć z nim w TV, to samo moglibyśmy robić u siebie. Nie podoba mi się taki model rodziny, że ojciec żyje sobie swoim życiem, a to sam sobie jedzie na zakupy, a to gdzieś indziej, a matka żyje swoim. Jestem uparta i czasami trochę na siłę próbuję Ł. narzucać jak to powinno wyglądać, ale jeżeli to się naprawdę nie zacznie zmieniać w najbliższym czasie, nie będę w stanie dalej tego ciągnąć. Jeżeli mam być w tym wszystkim sama, niech tak będzie, ale w takim razie bez dodatkowego bagażu...
 

 
Położne powiedziały żeby nic nie jeść. Hmm... a to nowość. Karzą czekać mówią, że będą wołać. Dostałam specjalne ubranko. Jakiś czas później przyszła Dr anestezjolog. Zrobiła wywiad. Czekam dalej. Jakieś dwie godziny później przyszły położne kazały położyć się na innne łóżko i wywiozły mnie na salę operacyjną. tam kazali się jeszcze dwa razy przesiąść na inne łóżko. Jeszcze nie usnełam, a już czułam się jak lalka. Po jakiejś chwili podali mi znieczulenie i usnełam. Za chwilę kiedy się obudziłam było już po. Jajeczko zostało usunięte, lub inaczej moja macica została wyłyżeczkowana. Taka przyjemność trwała całe 15 min, i 4 dni oczywiście. Strasznie żałuję, że to jednak nie była normalna ciąża.. Kazali leżeć i nie jesść dwie godziny. Złamałam ten zakaz trochę wcześniej. Jest decyzja wracam do domu. Zadzwoniłam do męża i od razu go o tym poinformowałam. Przyjechał po mnie koło 14 i juz jakieś pół godziny później, byliśmy spowrotem w Legnicy. Zajechaliśmy do domu po kilka rzeczy, bo jak się okazało w między czasie zrobiła się wiosna. I jakiś czas później zobaczyłam mojego maluszka. Powiedzmy, że moge to już puścić w nie pamięć. Czekam na wyniki i jak tylko będzie możliwość to będziemy starać się o drugie dzieciątko
 

 
Nic się nie dzieje. Dalej mam być w gotowości na czczo. Rano o 9 zawołali do gabinetu. Ponieważ nic się nie działo, dodał mi jeszcze dwie tabletki. Jedną w jedną dziurkę, drugą w drugą. Super. Bardziej tabletki mnie pogoniły na kibelek niż coś innego. Godzina 13 dalej nic się nie dzieje. Dołożyli mi kolejne dwie tabletki. Moja macica jest chyba wyjątkowo silna, skoro pomimo pięciu tabletek, dalej nie chce dopuścić do poronienia. Chce mi się płakać tęsknię za dzieckiem i niewiadomo jak długo jeszcze będę musiała tutaj leżeć. Płakałam. Później rizmawiałam z mężem i coś tak w rozmowie wynikało, że chyba do mnie jedzie. Jednak nie spodziewałam się tak miłej niespodzianki. Do sali na której leżałam weszła moja mama. A ja pytam gdzie mąż? A kto został z dzieckiem? Mama, że nikt bo dziecko przyjechało z nimi, prawie pobiegłam na korytarz. Jak zobaczyłam mojego chłopca byłam taka szczęśliwa. To nie samowite ucuzcie jak wiele szczęścia po trzech dniach daje zobaczenie własnego dziecka. A co z zabiegiem no cóż, odwiedzający mnie pojechali, zbliżała się godzina 19, ja wciąż jeszcze nic nie zjadłam. Lekarz zawołał mnie na badanie. Wcześniej inny lekarz mi powiedział, że są dwie możliwości na dokonanie zabiegu łyżeczkowania. Pierwszy jest w znieczuleniu dożylnym, w całkowitej świadomości, jednak jest pewien niekomfot i można conieco jednak odczuć. Druga możliwość jest odpłatna, powiedział mi jak się nazywa znieczulenie, jednak nie pamiętam nazwy, jest ono w całkowitym uśpieniu, podobnie jak w narkozie jednak podane dożylnie. Koszt 300zł. Miałam czas na przemyślenie sprawy, doszłam do wniosku, że boję się troche tego zabiegu, i wolę zapłacić. Mama też mi tak doradzała. Na badaniu zapytałam kiedy ten zabieg, lekarz powiedział, że jako że to druga ciąża to jak już bardzo bym chciała to może zrobić teraz. Ja mówię, że chcę tą opcję odpłatną. Ta opcja jest możliwa tylko na stole operacyjnym więc trzeba czekać do rana. Szybka decyzja. Ponieważ i tak już by mnie nie wypuścili, zdecydowałam, że poczekam. Powiedziała mi tylko, że może się tak zdarzyć, że jednak w nocy dostanę krwotoku i już zabieg nie będzie potrzebny. Wróciłam do sali. W końcu coś zjadłam. No i czekamy.
 

 
Dzisiaj od rana kazali być na czczo. Pobranie krwi. Jest nadzieja, że dzisiaj będzie zabieg i po sprawie. Po przyjściu wyników, lekarz poprosił mnie do gabinetu. Powiedział, że faktycznie poźiom hormonów spada co potwierdza, że ciąża jest nieprawidłowa i nieprawidło się rozwija. Jest decyzja. Będzie zabieg. Jednak co pierwsze dostałam tabletkę dopochwowo, która ma wywołać bóle i krwawienie poronne. Wtedy dopiero będzie można wykonać zabieg. No więc czekamy. Zapytałam ile godzin to może potrwać po czym, usłyszłam od lekarza: godzin? to może potrwać kilka dni. No i złapałam doła. Czekanie bez końca może dobić, a najbardziej prakowało mi mojego małego chłopczyka. Po aplikacji tabletki dostałam zgodę na to, aby móc cokolwiek już zjeść. Super. Plany na dzień sen naprzemiennie z książką i sudoku.
 

 
W końcu po jakiejś chwili oczekiwania zawołali mnie na USG. Lekarz zrobił wywiad, kazał się położyć zrobił badanie. Potwierdza. Brak zarodka, jednak jajeczko dość małe. Jednak lekarz uznał, że musi zrobić dodatkowe badanie HCG, badanie krwi bo na podstawie jednego badania nie może, a raczej nie che podjąć decyzji. Za jakiś czas zabrali mnie na pobranie krwi, w końcu pozwolili mi zjeść. Popołudniu przyjechali rodzice, przywieźli parę rzeczy. No więc plany na dziś: sen i książka.
 

 
Nasza służba zdrowia jak zwykle mnie miło nie rozczarowała. Nic nowego. Przyszłam do szpitala w poniedziałek rano. Mąż przyszedł ze mną, żeby mnie wesprzeć. Jednak co usłyszłam od położnych z oddziału ginekologicznego, proszę przyjść jutro. No cóż tak się zdarza, nie ma miejsc, nic się nie dzieje więc mogę przyjść dzień później. Mam jeszcze jeden dzień, żeby pobyć z moim maluszkiem. Wtorek. Mój mąż rano maksymalnie zmęczony prosto z nocnej zmiany. Mówiłam, żeby został w domu, ale chciał iść ze mną.Jesteśmy, rano o godzinie 7 na korytarzu na oddziale ginekologicznym. Przyszliśmy pół godziny wcześniej niż kazała wczoraj położna. Po chwili zaczęły schodzić się kolejne osoby. Po jakimś czasie przyjęto trzy osobym, które przyszły później ode mnie, a my dalej czekamy. Pytam ile jeszcze? Położna: czekamy na lekarzy. Na jakich lekarzy przecież przyszło ich już na oddział ze czterech, więc na co czekamy. Po dwóch godzinach oczekiwania miałam dosyć, zapytałam ile mam jeszcze czekać, jak usłyszłam, że do wypisów, to może się coś zwolni, to myślałam, że krew mnie zaraz zaleje, bo wiadomo, że wypisy są w okolicach godziny 12-13. Szybka reakcja, zadzwoniłam do mamy, ona do szpitala w sąsiednim mieście. Jest! jest miejsce przyjmą mnie od razu. Zabrałam skierowanie bez słowa i razem z mężem poszliśmy w stronę auta. Na miejscu tak jak obiecali przyjeli mnie od razu. Zdziwieni lekko, że nie było miejsc w szpitalu w moim mieście, no ale cóż. Łóżko dostałam, męża wysłałam do domu, żeby w końcu poszedł spać no i czekamy.
 

 
Byłam u lekarza, jednak potwierdził to co ostatnio powiedział.. jajeczko jest puste. Za chwilę idę do szpitala, teraz siedzę i odliczam minuty do konieczności wyjścia. Pogodziłam się już z tym faktem, że brak zarodka, jednak najbardziej boli mnie to, że będę musiała zostawić mojego małego synusia. Opiekębędzie miał dobrą, ale boli mnie to, że nie dość, że nieuchronnie zbliża się mój powrót do pracy, to jeszcze pod sam koniec tracę 2 lub 3 dni z nim Mój mąż mówi, że przesadzam, ale więź między matką, a dzieckiem, a ojcem a dzieckiem jest trochę inna. Tym bardziej, że póki co zostawiałam go tylko na kilka godzin. Tak więc zostawienie go na kilka dni mnie przeraża, przeraża mnie, że nie zobaczę jego słodkiej malutkiej uśmiechniętej buźki, że nie wezmę go na rączki, a on mnie nie przytuli nie przytrzyma się mnie, że nie będę słyszała jego śmiechu i tego jak gaworzy...przyprawia mnie to wszystko o łzy i chce mi się płakać...
 

 
Dopóki nie pójdę na wizytę, wciąż po cichu będę liczyć, że zarodek pojawi się w USG. Matka potrafi pokochać swoje dziecko już od pierwszej chwili, kiedy dowiaduje się, że jest w ciąży. Mimo, że prawdopodomnie dziecka nie będzie już tęsknię, za tym maleństwem, które mogłoby się narodzić. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, że dochodzi do zapłodnienia, a brak w nim zarodka. Trzymam kciuki, że stanie się cud, a ciąża okarze się normalna. Pomimo, że mówię, że jest wszystko wporządku, czasami leżę wieczorem i łzy same nachodzą mi do oczu. Kładę się tyłem do męża, żeby nie widział tej chwili słabości.
 

 
Ostatnim razem jak się dowiedzieliśmy o ciąży byliśmy bardzo ostrożni... zanim powiedzieliśmy nawet rodzicom, upewniliśmy się u lekarza, że to prawda, że to nie jest tylko nasze wyobrażenie. Tym jednak razem za bardzo byliśmy zadowoleni, powiedzieliśmy rodzicom siostrom.. chcialiśmy podzielić się dobrą nowiną.. lecz z dobrej nowiny niewiele został. Dzisiaj byliśmy u lekarza. Zrobił mi USG, widać było pęcherzyk ciążowy jednak nie widać w nim zarodka. Gdy lekarz to właśnie mi powiedziała nie bardzo wiedziałam co to znaczy, domyślałam się tylko, że nic dobrego. Po chwili wytłumaczył mi co to znaczy, mianowicie jajeczko zostało zapłonione, zeszło do macicy wszystko tak jak przy normalnej ciąży, tylko zarodek się nie rozwinął, czyli jajeczko jest puste, dziecka nie ma. Wszystko jest tak jak przy ciąży, jednak nie rozwinęło się wszystko tak jak należy. Następna wizyta będzie za tydzień, być może zarodek się pojawi, ale nie robię sobie takiej nadziei. Jeżeli zarodka nie będzie doktor powiedział, że dostanę skierowanie do szpitala celem usnięcia jajeczka, ponieważ ono będzie rosło dalej i może dojść do krwotoku i poronienia kiedy w końcu pęknie. Wiem, że to nie było jeszcze dziecko, ale przez dwa tygodnie przyzwyczaiłam się do myśli, że tworzy się we mnie kolejne życie. Wiem też, że jeszcze będzie okazja, ale czuję się troche jakbym straciła tego maluszka, mimo że prawdopodobnie wogóle go tam nie ma. Poniekąd już wiem co czują kobiety, które straciły dziecko, coprawda u mnie wyszło to dość wcześnie jednak jest mi strasznie żal...
 

 
Nie byłam jeszcze u lekarza, ponieważ jest torche za wcześnie na pierwsze USG. Już nie mogę się doczekać, aż zobaczę na monitorze to maleństwo. Ostatni lekarz nie dokońca mi odpowiadał, więc teraz postanowiłam, że zanim się zdecyduję pójdę i kilku sprawdzę. Niestety nie mogę wybrać najlepszego, ponieważ nie stać mnie na to żeby przy jednym małym dziecku nie mogę sobie pozwolić na wizyty, które kosztują od 80-150zł za jedną. Te pieniądze wolę przeznaczyć na artykuły potrzebne dla mojego starszego dziecka. Hmmm... starszego dziecka jak to ładnie brzmi. Mój synek będzie starszym bratem. On jeszcze tego nie rozumie i zapewne przez jakiś czas jeszcze tego nie będzie rozumiał. Teraz to ja mogę dawać drobne rady koleżance, która spodziewa się pierwszego dziecka, czuję się dumnie, że mogę komuś coś podpowiedzieć. Jej dzieciątko może urodzić się w bardzo podobnym terminie jak moje. Najbardziej liczę na to, że dziecko może urodzić się w moje urodziny
 

 
 

 
No więc na jakiś czas, a dokładnie na jakieś 9 miesięcy, a właściwie teraz to już 8 miesięcy, mogę przerwać moje odchudzanie. Mówiłam mężowi, żeby uważał, że mam dni płodne, ale nie on uważał, że tak szybko drugi raz się nie uda, a jednak, zrobiłam test i pokazał mi on 2 kreski co oznacza ciążę. Nie jestem zła, co więcej jestem całkiem zadowolona, że za dziewięć miesięcy pojawi się na świecie moje drugie dzieciątko. Czas jeszcze pójść do lekarza, ale to już jest raczej pewne, bynajmniej zmienne nastroje już zawitały. Tym razem jednak będę starać się przytyć tak jak należy czyli jakieś 9-12kg zobaczymy czy się uda. Później będę musiała stoczyć bój o idealną wagę. Pozdrawiam wszystkie przyszłe mamusie
 

 
Dzień Kobiet... hmmm jak w każde takie święto zachowuję się jak dziecko, które wciąż wierzy w Świętego Mikołaja...za każdym razem mam nadzieję, że mój mąż będzie pamiętał na tyle wcześniej, aby przygotować jakąs niespodziankę na miły poranek.. niestety mimo, że zawsze ma tyle czasu, kupowanie prezentów zawsze odkłada na ostatnią chwilę. Przychodzi niemiłe rozczarowanie, które przemienia się w drobną kłótnię, a później niespodzianka, która już nie jest niespodzianką, nie sprawia tyle radości. Jedyne co mi pozostało, to naprawić te błędy. Nie wierzę już, że uda mi się mojego męża nauczyć, żeby był bardziej romantyczny, ale pozostaje mi syn, to w niego moge wpoić zasady, jak doprowadzić kobietę do szczęścia, choć narazie jest jeszcze na to zbyt młody. Wracając do prezentu..dostałam to co chciałam - wagę. Brakowało mi ostatnio tej strażniczki kilogramów, i ostatnio znów pozwoliłam sobie na małe co nieco. Pierwsze wejście na nią odłożyłam do momentu, aż mój mąż wyjdzie do pracy, nie chciałam, zeby widział moją rozczarowaną minę, która mówi "znów nic nie schudałaś, a co gorsza znowu przytyłaś". Jednak tym razem chociaż waga zrobiła mi miłą niespodziankę w to małe święto. Kiedy na nią w końcu weszłam zabaczyłam, że przekroczyłam granicę, przy której ostatnio się zatrzymałam i nie mogłam przeskoczyć. Przyznajmy to, ważę 75,9kg. Wiem, że przy moim wzoście 163cm pozostaje mi jeszcze dużo do życzenia, ale może kiedy to napiszę będzie łatwiej. Biorę się w końcu za siebie. Chciałabym móc wyjść w dwuczęściowym stroju na plażę, kiedy przyjdą upały.Zaczynam od już. Najgorsze jest mówienie sobie "zacznę się odchudzać od jutra", lub "zacznę się odchudzać od poniedziałku", albo najgorsze "zacznę się odchudzac od nowego miesiąca", ponieważ to nigdy nie nastąpi. Kiedyś usłyszałam, że ważne jest, aby ważyć się jak najczęściej, najlepiej rano i wieczorem, ponieważ ma się wtedy wagę cały czas pod kontrolą, im żadziej się ważymy tym ciężej kontrolować wagę i łatwiej pozwolić sobie na drobne grzeszki. Najgorszym sprawdzianem będzie niedzielny obiad u rodziców. Są to urodziny siostry więc i tort napewno będzie, ale tort nie pierwszy i nie ostatni dlatego będę musiała sobie go odmówić. Najważniejsza jest motywacja.
 

 
Minęło już tyle czasu, a mi wciąż pozostały dodatkowe kilogramy z ciąży. W tamtym okresie nie odmawiałam sobie niczego... i niestety był to straszny błąd. Z drugiej strony całe życie sobie czegoś odmawiałam, więc pomyślałam, a co mi tam, raz mogę sobie w końcu odpuścić. To ciągłe uważanie na to co mogę, a czego nie. W ten oto sposób po 9 miesiącach stanęłam na wagę, a ona pokazała mi bolesną prawdę...przytyłam 30kg. Ok.10kg straciłam po samym porodzie. Następnych ok 5-6kg straciłam w okresie połogu, kiedy jeszcze karmiłam piersią. Potem udało mi się zejść jakieś 2 lub 3 kg jednak na tym koniec. Nie długo wróce do pracy i chciałabym znowu móc się zmieścić w moje stare ubrania. Jednak mimo, że mówię sobie od jutra koniec, to napotykam coraz to nowe pokusy. Myślę o tym, aby wypróbować jeden ze środków reklamowanych w internecie jednak boję się, aby nie były to pieniądze wywalone w błoto. Kończę, bo za jakiś czas obudzi się mój synek i przyjdzie czas na kąpiel, kaszkę i spowrotem do spania.
 

 
Niedługo moje dziecko skończy 5 miesięcy, tyle samo czasu upłynęło już z mojego urlopu macierzyńskiego. Niestety nie miałam tego szczęścia, aby móc załapać się na macierzyński, który trwa rok. I już za około 1,5 miesiąca będę musiała wrócić do pracy. Państwo, w którym żyjemy tylko nabija ludzi w butelkę i mówi jak to młodzi ludzie nie chcą mieć dzieci. Nie jest to prawda. Młodzi ludzie chcieliby mieć więcej dzieci, tylko ceny produktów i pomoc jaką rzekomo Państo nam ofaruje poprostu na to nie pozwala. Sama marzę o trójce dzieci, jednak moja sytuacja finansowa pozwoli mi jedynie na dwoje, a i tak wiem, że będzie cieżko.
 

 
18 pażdziernika 2012r. o godzinie 21:15 na świat przyszedł tak bardzo wyczekiwany syn. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz była to najcudowniejsza chwila w moim życiu. Ból jaki przyniósł poród naturalny, w jednej chwili się ulotnił, poczułam się tak niesamowicie, że nie potrafię opisać szczęścia jakie na mnie spłynęło. Od tamtego momentu już wiedziałam, że Kocham tego maluszka ponad życie. Dałam życie nowemu człowiekowi i to ja będę miała wpływ na to kim on się stanie.